Bo Walę Po Oczach

Fluorscentsowe spojrzenie na muzykę, czyli trochę popiku, trochę alternatywki.

Wpisy

  • środa, 19 września 2012
    • My night with Lana

       

       

      Jako że w ostatnim wpisie o Lanie skupiłam się bardziej na jej wizerunku aniżeli jej muzyce, teraz zamierzam to nadrobić, ale najpierw mała wzmianka o jej mikro koncerciku na gali Polacy z Werwą (informacja dla kronikarzy-odbyła się ona 14 września). 

      Wyszła w czerwonej, krótkiej sukience, dopasowanych żelowych paznokciach, będąc koszmarnie oświetlana. Zaczęła od 'Video Games', czyli od swojego pierwszego singla, i po pierwszych taktach było wiadomo, że... hmm... na pewno nie śpiewa z playbacku. Sam wykon był według mnie trochę przekombinowany, kiedy między innymi to właśnie prostota tekstu i podkładu jest taka urzekająca dla tego kawałka. Podczas 'Summertime Sadness' poszło jej już znacznie lepiej; od samego początku miałam swoje życzenia co do kawałków, które bardzo bym chciała usłyszeć, i ten właśnie kawałek był jednym z nich.

      O ile od samego początku byłam pod wrażeniem jej całego jej imidżu, poczynając od nosków lakierowanych pantofelków, kończąc na czubku wypielęgnowanej, miękkiej fryzury, do jej muzyki trzeba się przyzwyczaić. Na pierwszy rzut ucha, w jej piosenkach nic nie pasuje do siebie, chociaż wszystko utrzymane w jednej, popowej tonacji.

      Nie wszystkie jej piosenki są o miłości, tak jak np przeraźliwie prawdziwie 'Carmen' (pewnie wielu z nas zna taką dziewczynę).

      Nie wszystkie są banalnie proste, niektóre opowiadają o toksycznych, ciężkich, wypalających związkach, tak jak historia w 'Off To The Races' czy 'National Anthem' przy których miałam dreszcze i ochotę rwać włosy z głowy.

      Niektóre są zabawne i flirtujące, jak 'Go Go Dancer', przy której jej głos brzmi jak kilo cukru opakowane w kartonik z różowych piórek (co dla mnie, cukro-i różocholiczki jest po prostu kompletnym spełnieniem marzeń... no, prawie).

      Niektóre chcą być głębokie, co im, niestety, nie wychodzi, wskazuję palcem na 'Dark Paradise'.

      Niektóre są cudowne w swoim prostym, Thelmo-Louisowym uroku, z rewiowym intro, jak 'Lucky Ones', kiedy podmiot liryczny zauważa sens swojego życia między zatankowaniem baku a przemierzeniu kolejnych setek kilometrów (ja też nie wiem, o co chodzi w ostatnim zdaniu). 

      We wszystkich tych piosenkach, a również w wielu innych, o których nie wspomniałam, Lana pokazuje kalejdoskop możliwości swojego głosu. Od słodyczy większej niż w słoju miodu, poprzez subtelne, pudrowo-różowe drżenia, po głębokość i matowość o kolorze hebanu. Nie, nie mam pojęcia, ile w tym jest jej talentu/umiejętności, a ile zręcznych sztuczek wygładzających, ale efekt jest taki, że nie mogę przestać jej słuchać. 

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „My night with Lana”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2012 03:34
  • piątek, 14 września 2012
    • Niespodziewanka!

      Chociaż, ostatnimi czasy, królową mojej playlisty jest niezaprzeczalnie Lana Del Rey (o niej jeszcze więcej w następnym wpisie), tu i ówdzie przedzierają się po niej również panowie z, nieistniejącego już niestety, duetu Indigo Tree. 

      Ich biografia na last.fm podawała informacje, że jest to polski zespół, w co nie chciało mi się wierzyć, po przesłuchaniu paru ich spiratowanych kawałków. Naprawdę, myślałam, że są dwa zespoły Indigo Tree, jeden z Polski, a drugi z USA bądź Zjednoczonego Królestwa, jednakże po wczorajszym, ponownym przewertowaniu internetu przekonałam się, że się myliłam. To JEST polski zespół, a jeden z ich założycieli nosi swojsko brzmiące nazwisko Filip Zawada. 

      Nawet nie wiecie, jak przemiło byłam zaskoczona, kiedy to się okazało, że na tej suchej, polskiej glebie, tuż obok popowych ostów, potrafi wyrosnąć kryształowo zielona roślinka, która zwie się indie. 

      Charakterystyczne dla tego zespołu są buzujące gitary, które brzmią jakby były przystawione zbyt blisko głośników i minimalistyczne, ambientowe brzmienie. Bardzo mi się podoba również tak jakby chórkowe echo wokalisty, słyszalne we wszystkich znanych mi ich kawałkach. Nie jest to muzyka zbytnio rozrywkowa, jest niczym zanurzenie głowy w wodę, pozostawiając cały świat na powierzchni. Idealna do nocnych przejażdżek samochodem i do obserwowania późnych świateł. 

      Mnie najbardziej z ich repertuaru przypadł kawałek iamthecar, który przedefiniował absolutnie mój pogląd na gitarę akustyczną. A trąbka dodawana tuż pod koniec piosenki jest po prostu mistrzowska... 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2012 11:39
  • środa, 05 września 2012
    • Pokażdupki i inne jaskółki

      Cholernie piękna.

      To pierwsze, co mi się pojawia w głowie, kiedy o niej myśle. Nie, nie jest klasyczną pieknością, jej rysy twarzy są przerysowane, usta lekko kacze (to może wam co nieco szepnąć o kim mowa)...

      Ale ma w sobie coś takiego, że mam dreszcze nawet na łokciach, kiedy jej słucham... Kiedy natomiast widzę, zawsze pytam sama siebie-czy to możliwe, by ona była taka piękna?

      Mowa o Lanie Del Rey.  Dla niektórych artystka, dla innych wielka kontrowersja, dla mnie kompletny ideał.  Odezwą się tacy, którzy powiedzą, że to nic, a jedynie wytwór sztabu pijarowców, menedżerów i reszty Sablewskich, ale wiecie co? Serio, nawet, jeśli tak jest (co, jak podpowiada mi mój realizm, jest bardzo bardzo bardzo prawdopodobne), to mnie naprawdę nie obchodzi. Jest niczym cudowna pigułka, remedium na wszelkie otaczające nas pokażdupki, i niekoniecznie mowa tu o krótkich spódniczkach.

      Przechodzi samą siebie, osiągając nowy wymiar zmysłowości, kiedy to wyciąga się w basenie, mając na sobie... całkiem prosty, jednoczęściowy (!) kostium kąpielowy na teledysku do 'Blue Jeans'. W 'National Anthem' jest w niej coś niepokojąco seksownego i pięknego, kiedy siedzi na skórze niedźwiedzia odziana w prostą, trapezową sukienkę w kolorze baby blue, która zakrywa jej ręce do łokci. Owszem, są momenty, kiedy się rozbiera, patrz 'Born To Die'... Ale ona wygląda wtedy tak... Tak naturalnie. Nie jest w tym wulgarna... 

      Muzycznie jest rownie mocno przerysowana, co staranne 'jaskółki' na jej powiekach; chyba nie znam jej piosenki, w której by coś nie umierało. Ubiera swoje, często proste teksty, w zgrabną stylistykę swingujących lat pięćdziesięcio-sześćdziesiątych (co, według mnie, najmocniej słuchać w pierwszych taktach piosenki 'Lolita' czy w bop szuwop w tle 'Driving In Cars With Boys'), które łączy z komputerowymi efektami echa swego głosu czy podrabianym szumem niczym z winylowych krążków.  Słowem końca... Już 14 września będzie w Polsce. Z tego co wiem, gala 'Polacy z Werwą' (Bosz, ale lamerska nazwa) ma być na żywo... Więc mamy świetną okazję, by się przekonać ile śpiewu jest w jej... śpiewie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 22:28
  • niedziela, 02 września 2012
    • Coma back

      Zazwyczaj, obierając sobie temat wpisu, polegam na własnych przekonaniach i guście, ponieważ bycie obiektywnym jest dla mnie rzeczą absolutnie najważniejszą. Jednakże, kiedy ktoś podsunie mi jakiś smakowity kąsek, w który ze szczerym upodobaniem zanurzam zęby, nie widzę powodu, dla którego nie miałabym się podzielić przemyśleniami na ten temat. Ostatnio tak było z zespołem Coma.

      Ze słowem 'Łódź' w rubryczce pt. miejsce urodzenia, które wypadało na rok 1998, są dumnymi przedstawicielami polskiego rocka klasy lux. Okraszeni bogactwem głosu Piotra Roguckiego, obdarzeni wrażliwością mądrych oczu, nie silą się na tanie wzruszenia. Nie stać ich na to, głębokość ich tekstów im na to nie pozwala. Są w tym mistrzami, momentami przymrużając oko, jak, na przykład w piosence 'Na Pół', innym razem będąc śmiertelnie poważni, jak w 'Systemie'.

      Od lat żyłam gdzieś obok tego zespołu, często wyciągając z ich repertuaru pojedyńcze kawałki, jednak zawsze dziwnym trafem nie pozostawałam za długo pod ich urokiem. Najwyraźniej sięgałam po nieodpowiednie środki.  Popełnili dotychczas pięć albumów, które głownie płynęły przez nurt rocka, tu i ówdzie dotykając syntezatorów czy innych klawiszy, flirtując z orkiestrą. Jednak muzyka jako dźwięk w ich twórczości jest tym, czym listek w Edenie, dopełnia tylko obrazek... bo za całą resztę odpowiedzialne jest słowo śpiewane, tudzież krzyczane. Tak na koniec... Wiecie, to może być banał, ale odnalazłam się pomiędzy wersami Leszka Żukowskiego...

      ps. ktoś mi powie jak wstawić klip z iPada?

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Coma back”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2012 23:00
    • The last chance

      Tak, ja wiem, że pisałam to już parę razy wcześniej, ale tym razem naprawdę tak myślę. Naprawdę tak czuję.   Pousuwałam stare wpisy, by móc zacząć tak kompletnie od nowa. To ostatni raz.  Możecie jeszcze dzisiaj się spodziewać nowego wpisu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2012 13:40

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

A o tym piszę:

Mój Album

Zahlastana Fifulka, Porucha w Odbyte

Freshman

Diabeł Ukryty Pomiędzy Nutami

Strawberry Fields

Flashback. Uroń łzę nad muzycznym wspomnieniem

Zobacz Muzykę

Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Check by fiutek on Grooveshark

Opcje Bloxa