|
poniedziałek, 06 lutego 2012
Spotlight!
Wiecie, stęskniłam się za debiutantami. Za ich głowami wypełnionymi ideałami, wzorcami do naśladowania i pomysłami na nowe szlaki do przetarcia. Zawsze to wnosi jakąś nadzieję w serducho, że nie jest, kurde, źle, jak to się ludziom chce jeszcze tworzyć nie tylko dla mamony. Nie bez powodu debiutantami często są prawie-dwudziestolatkowie, którzy ledwo co z siebie zmyli pieluszany zapach, którzy dopiero mają się dowiedzieć, że życie kosztuje, i którzy za niedługo zaciągną wielkie kredyty, by móc gdzieś przyjmować swoje tabuny groupies, którzy na końcu i tak dadzą dupy jakiemuś wielkiemu koncernowi i wyprodukują 'soundtrack' Transformervatarowi czy cokolwiek. Wybaczcie słowotok, ale taki humor. Po małym riserczu stwierdzam, że ciągle nic a nic nie mam pojęcia kim jest zespół, o którym chciałam pisać (Tribes), i zwątpiłam w to, czy na pewno chcę o nim pisać jako o debiutancie (nie do końca wiem, czy to aby na pewno debiutanci), no ale tak czy owak piosenka 'We Were Children' jest naprawdę fajna, ma naprawdę fajny teledysk, trochę w stylu Take Away Show, więc i tak zamieszczę ją na końcu wpisu, który z braku laku następuje... teraz!
sobota, 14 stycznia 2012
Najniebezpieczniejszy moment dnia.
Ostatnio zauważyłam, że najbezpieczniejsze są dla mnie noce, szczególnie, jeśli wieczór się kończy urwaną rozmową, kiedy to ja chciałabym się jeszcze poobnosić ze swoim fochem. Wtedy coś mnie uwiera, zgrzyta między zębami i gryzie w skórę, jak miękki, moherkowy sweter. Bieg zdarzeń sprawił, że właśnie siedzę w ciemnym pokoju, na lekko zapadniętym łóżku w tej samej pozie od pół godziny, mimo że marznę, i najracjonalniejszym posunięciem byłoby po prostu sięgnąć po leżącą parę centymetrów ode mnie, kołdrę i się po prostu nią okryć, ale cóż. Kto powiedział, że 'racjonalnie' znaczy 'dobrze'? No ale powracając do tematu, w takie noce nie mam pojęcia, jak wyładować swoją energię. Ostatnio tańczyłam jak poparzona i próbowałam podrabiać Caleba Followila, wokalistę Kings Of Leon. Moim akopaniamentem była piosenka 'Spiral Staircase'. Nie, nie było to niczym dobrym i tak, wstydzę się tego posunięcia. Tej nocy postanowiłam wykorzystać nabuzowanie mych emocji jakoś konstruktywnie, kto wie, może twórczego... Jedną z najpozytywniejszych piosenek ostatnich miesięcy była piosenka 'Five Years Time' autorstwa zespołu Noah And The Whale i niejakiej Laury Marling. Co do tej pani nie mam najmniejszego pojęcia, kim to ona jest i z jakiej sadzonki się urwała, a i o Noah And The Whale wiadomo mi niewiele, jedynie że są Brytyczyjkami. No, ale powracając do tematu, piosenka ujmuje słodyczą flecika i ukulele, połączone ze lekkim, słonecznym głosem Laury, który jest miłym kontrastem dla lidera tego zespołu, będącym posiadaczem głębokiego głosu kojarzącym się z gorzką czekoladą (wybaczcie, po prostu jestem głodna). Tekst opowiada o parze, która wspomina swoje nastoletnie, miłosne uniesienia. Słuchając tej piosenki, większości po twarzach na pewno przemknie lekki uśmiech wspomnień. W sam raz na poprawę styczniowego humoru. PS. Najprawdopodobniej w zblizającym się tygodniu będę mogła już pisać bloga przez komputer, więc powstawiam teledyski i poprawię teksty.
środa, 11 stycznia 2012
Żelazo.
Z małym poślizgiem, ale jestem. ;) Kurczę, nasza telewizja może przyprawić ludzi o depresje. Standardowy Kowalski w ciągu roku musi znosić tego, cholernego, kurde Kevina, co to go ciągle wyrodni rodzice zapominają, musimy zaliczyć Matrixa, no i Władcę Pierścieni, chociaż tego ostatniego puszczają co jakies dwa lata, więc nie jest tak źle. Wybaczcie, wszyscy sympatycy, ale wedlug mnie Elijah Wood jest tam przerażający. Nie wspomniałam o tym ostatnim filmie przypadkowo. Często już mi się zdarzało wspominać o podkładzie muzycznym do autorskich reklam pewnej telewizji na trzy litery. Tym razem wysilili się naprawdę, wykorzystując do spotu tejże trylogii utwór pewnego przystojnego Belga ukrywającym się pod pseudomimem Gotye. Znałam przedtem jego piosenkę, 'Hearts a Mess', ale piosenka 'Somebody I Used To Know' pozwolił mi poznać inny, spokojniejszy wymiar jego głosu, przynajmniej do pierwszego refrenu. Piosenka jest odą człowieka brutalnie rzuconego. Mimo, że autor mówił, że sie nawet cieszył z rozstania, ale żałuje sposobu, w jaki potraktowała go ta dziewczyna. Z jego opisu wynika, że naprawde potraktowała go ostro... Jeśli jesteś tuż po rostaniu, i szukasz rozzażonego żelaza, którym by można jeszcze bardziej rozjątrzyć ranę, to właśnie go znalazłeś/aś. ;)
wtorek, 10 stycznia 2012
Hej!
Wróciłam, jak cholera!
W końcu rozgryzłam, jak blogować przez telefon... Jestem z siebie dumna! ;) Chcę na początku pozdrowić wszystkich i życzyc Szczęśliwego Nowego Roku! Jeszcze dzisiaj można oczekiwać nowego wpisu na temat muzyki. Życzcie mi szczęścia!
niedziela, 23 października 2011
Theres a place in a Ocean Avenue...
Ostatnio przerzucając bezmyślnie kanały w tv (tak właśne spędzam 80% swojego dnia) natknęłam się na nowy teledysk amerykańskiej grupy Blink 182, 'Up All Night'. Ostre, agresywne szarpanie strun mnie lekko nastroiło sentymentalnie... Na samym początku ewolucji mojego gustu słuchałam naprawdę mnóstwo muzyki, która leżała naprawdę tuż obok tego zespołu z kalifornijskiego San Diego, czyli punk rock, momentami punk pop. W latach dziewięćdziesiątych* był on bardzo modną odskocznią od plastikowych buż Kryśki Agilery i Brysi Spirs, które były wszędzie, zalewając ówczesne USA. Na ten przykład, soundtracki wczesnych częsci filmów American Pie (co do reszty nie mam pewności, bo nie oglądałam) są niemalże w całości wypełnione takowymi piosenkami. Jednym z moich ulubionych zespołów punkowych był Yellowcard, słynących ze swoich kompozycji, do ktorych jakiś śmiertelnik gra na skrzypcach. Nie, nie brzmi to dobrze, ale lubiłam ich tak bardzo, że byłam zdolna przymknąć na to oko... Swego czasu utwór 'Ocean Avenue' był moją Utopią. Moim marzeniem było mieszkać w Ameryce być szczupłą blondynką i mieć... szesnaście lat. :D Cóż, wyszło odrobinę inaczej, co mnie wcale tak bardzo nie smuci. Ot, takie dziecięce marzenia. Proszę mnie o nie nie potępiać. ;) Tak na koniec proponuję do porównania 'Up All Night' i stary, dobry evergreen tego zespołu, 'All The Small Things'. Jest rok 2000, robimy karierę i zaczynamy się nabijać z gwiazdek show biznesu Ameryki i jesteśmy trójką fajnych kolesi, którzy namiętnie goszczą na okładkach magazynów typu 'Seventeen'. Po prostu życ, nie umierać. No i moja Utopia. ;)
piątek, 14 października 2011
This. Is. War!
Nie było mnie tu ostatnio, bo się rozkokosiłam (tak mówi moja babcia, a oznacza to mniej więcej to co 'rozpuściłam')... Pochorowałam, poleniuchowałam, a teraz wracam z nową energią i nowymi tematami, od których aż mnie swędzą opuszki palców. Mój pierwszy poprzerwowy wpis nie poświęcę żadnemu zespołowi, albumowi czy piosence. Będzie to apel, i chcę już na jego początku wspomnieć, że jest on absolutnie na serio. To jest jeden z tych niewielu momentów w moim życiu, kiedy jestem na 100 procent poważna. No dobra, na 99,9. W ostatnią sobotę, tj 8 października o 20stej oddawałam się jednej z tych powszechnie znanych odmóżdżających przyjemności oglądania telewizji. Oglądałam popularny program pewnej stacji na trzy litery, gdzie prezentują wątpliwe talenty. Mimo, że z edycji na edycję talenty raczej poudpadają, to ciągle lubię ten program. Oczywiście, ostatnie minuty show są przeznaczone na 'największe' odkrycie danego odcinka. I wtedy wyszedł on. Koleś z Akustyczną Gitarą Na Piersi, powszechniej znany jako Morderca Piosenek. Jeszcze wtedy moje biedne uszy nie podejrzewały, co się wtedy będzie działo... Morderca zaczął śpiewać, a raczej stękać... I wtedy własnie stał się Mordercą. Jako swoją ofiarę wybrał sobie 'Use Somebody' zespołu Kings Of Leon, jeden z najlepszych utworów tego świetnego zespołu. Ta piosenka w orginale ma w sobie tyle mocy i energii, że cyt.: ''mam ochotę porwać koszulkę, którą mam na sobie, gdy jej słucham''. Uwierzcie mi, słyszałam w życiu naprawdę wiele coverów, lepszych i gorszych, ale to wykonanie jest dla mnie królową wszystkich topornych podróbek. WSZYSTKICH. Przeżyłabym to wykonanie, gdyby nie ocena rodzynka w jury, dotychczas mojego ulubieńca, człowieka, który był dla mnie muzycznym autorytetem a przede wszystkim człowiekiem, który jest inteligentny. Przekreślił moje mniemanie o nim jedną wypowiedzią, w której stwierdził, że to wykonanie jest lepsze niż ORYGINAŁ. Jesli Kozyra ma rację, to ja jestem córką hinduskiego bożka Sziwy i Ateny. Jak można porównać to...
z tym?
Dziękuję za uwagę.
niedziela, 11 września 2011
Szare Poranki
Do widoku za oknem już się powinniśmy przyzwyczaić, tak samo jak do nieśmiało wkradających się swetrów do dnia codziennego. Na szczęście mnie wyjątkowo ominęła moja standardowa jesienna depresja. Wkroczyłam we wrzesień z nastawieniem bojowym, że się jesieni nie dam. Mam zamiar poznać parę nowych (dla mnie) zespołów, poodsłuchiwać stare płyty, dokończyć czytać świetną biografię mojej pierwszej, niespełnionej miłości, czyli Johna Lennona... Oczywiście, mam zamiar was w tych wszystkich poczynaniach poinformować i zdawać relację. ;) Na początek zespół, którego muzyka jest delikatnie rzecz biorąc, trudna do słuchania. Kiedy się zna tylko ich parę kawałków, a ktoś puści wam dotąd niezany wam tytuł, można odnieść wrażenie, że to zupełnie nie ten sama grupa. Po raz pierwszy spotykam się z taką różnorodnością, najpierw łagodne brzmienie gitary akustycznej, potem agresywne wręcz dźwięki keyboardów i/lub syntezatorów... Nie jestem pewna, czy to tylko wrażenie laika słuchającego tej grupy po raz pierwszy, który się jeszcze nie wdrożył w tą twórczość, czy może rzeczywiście tak jest. Ciekawa jestem, czy słyszycie to samo? O kim mowa? O londyńskiej siódemce (!) tworząca aktualnie formację Archive. Zadebiutowali już piętnaście lat temu. Są ciągle czynnym zespołem, i, trzeba przyznać, że świetnie im to idzie. Jeśli skłonili mnie, czyli nieco niecierpliwego człowieka, do odsłuchania do końca piosenki 'Lights', która trwała, bagatela, niemalże dziewiętnaście minut, to coś, kurde, w sobie muszą mieć. Do ich pierwszego albumu, Londinium (nazwa może wam nieco szepnąć o ich pochodzeniu) nie za bardzo się przekonałam, pewnie to z racji mojej niechęci do wszystkiego, co ma przynajmniej małą wspólną cechę z hip hopem, a podobno został on utrzymany w tematyce trip hopowo-rockowej. Natomiast najbardziej mi przypadł ich trzecie dziecko, ''You Look All The Same To Me''. Według mnie ich muzyka zalepia tą dziurę, gdzie się kończą rockowe historie, a zaczyna mówić electro. Niesamowite zgranie maszyn i ludzkich palców. Próbuję sobie jakoś podpiąć ten zespół, ale po prostu nie umiem. Ich muzykę można by puszczać w radiu, w audycjach z muzyką relaksacyjną (a może już takie coś ma miejsce? Nie wiem, nie słucham radia), jak i w eterze puszczającym piosenki rockowe. A oto i piosenka na dziś tego zespołu, ''System''. Oj, będę za nią tęsknić...
czwartek, 01 września 2011
Nie o disco polo.
... będzie o kopenhaskim Turboweekend. Tak, wiem, po przeczytaniu tej nazwy pewnie co niektórzy z was pomyśleli, że w ciągu, gdy zniknęłam z pola widzenia na Bloxie zmieniłam upodobania muzyczne z indie-rockowych na disco polo. Otóż, nic takiego nie miało i nie będzie mieć miejsca, dopóki jestem w pełni władz umysłowych. Twórcy tego zespołu grają razem już piętnaście lat, ale szerszy odbiór i rozgłos zyskali dopiero pięć lat temu, kiedy to właśnie stworzyli Turboweekend. Jak dotychczas popełnili oni dwa pełne albumy (Ghost Of A Chance i Night Shift-mam je na liście życzeń) i jedną, pięciokawałkową EP-kę, którą udostępnili za darmo na swojej stronie internetowej. Panowie zgrabnie poruszają się w tematyce indie i electro, żonglując tymi dwoma gatunkami tak, że się nie gryzą a stają się jednością. Ich piosenki określiłabym mianem niepokojących i miejscami wręcz mistycznych, zapada się w nie jak w toń. Grupę tą podsumowuje niesamowite brzmienie wokalisty, bardzo chrapliwie i świetnie brzmiące po angielsku. Co prawda mam parę ich kawałków na playliście, jednak, paradoksalnie, nie mogłam znaleźć ich najgłośniejszego kawałka, 'Trouble Is'. Ale może to i dobrze, bo wtedy bym nie dodała tego niesamowitego teledysku...
PS. Tak, chciałam ściągnąć tą EP-kę, ale winrar coś mi mówił, że mam zapłacić czy coś...
sobota, 20 sierpnia 2011
Wyjątek potwierdzjący regułę?
Zazwyczaj trzymam się z daleka od tak zwanych gwiazd, które grają w pięciu najnowszych filmach, wydają właśnie nową płytę która po paru miesiącach zaginie w gąszczu innych kiepskich pseudomuzycznych płyt z pseudoartystyczną okładką, poza tym projektuje kolekcję (tylko, że rysunki... hmmm, jak to powiedzieć... nie wyszły spod jego/jej ręki) i akurat reklamuje środek na zaparcia i hemoroidy. Dlaczego, by ktoś mógł się spytać. A to dlatego, że słowa multitalent oznaczają powoli to samo, co antytalent. Mówiąc krótko, unikałam sporego odcinku społeczeństwa, bo już właściwie nie ma nastoletniej gwiazdki, idola swego pokolenia, która by nie była autorem perfum, książki, płyty i filmu. Oczywiście, jest milion przykładów, które by tylko potwierdzały słuszność mego rozumowania, ale całkiem niedawno okazało się, że nie w stu procentach mam rację. Mam nadzieję, że ktoś z was kojarzy serial Gossip Girl (dla nieznających tematu cyt.: to takie Beverly Hills, tylko że ładniejsze, atrakcyjniejsze i bogatsze) i rolę Chucka Bassa, którego odtwócą jest Ed Westwick. Jakiś czas temu go wyguglowałam, ot, tak z kobiecej ciekawości. To, co o nim przeczytałam, było dla mnie bardzo przyjemnym zdziwieniem. Okazało się, że słuchamy podobnej muzyki. Bazujemy na podobnych zespołach typu Arctic Monkeys czy The Strokes. Kilka zdań dalej okazało się, że ten oto pan ma swój zespół. Nie muszę chyba dodawać, że zachęcona, od razu kliknęłam play na filmiku, który był poniżej? Zespół nazywa się The Filthy Youth. Razem z Edem współtworzą go Ben Lewis Allingham, Jimmy Wright, Tom Bastiani i John Vooght (tak, tak. Nie tylko dla was te nazwiska są kompletnie obce). Z tego co wiem, grupa jak na razie nie ma na swoim koncie żadnego albumu, i jakby nie słuchać, by się to miało zmienić. Formacja śmiało czerpie z tego, co już dobrze znamy i lubimy w angielskim rynku indie. Grają, tak jak się nazywają, czyli brudno, młodzieńczo. Mają niedostrojone gitary, i wiecie co? Mają to, kurde, głęboko gdzieś. I ten wokal... Ach, jak on zawodzi tym angielskim akcentem... 'Please, be my pirate, please sail away with me to deep blue seas'... W tą duszną, sierpniową noc proponuję The Confidence i Pirate. Zdecydowanie nie dla ochłody.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Oda Do Ikony
Chyba mi nie wypada. W końcu jestem za młoda, w końcu co ja się znam, w końcu co ja sobie w ogóle myślę. Jednak, przyznaję, moim najczęściej uprawianym hobby jest wkurzanie ludzi. Czy mi wolno, czy nie, czy powinnam, czy też nie... Cóż. Będzie o U2. Słowo Bono zna chyba każdy człowiek na świecie powyżej dziesiątego roku życia. Śmiem trwierdzić, że niektórzy uważają to za jego nazwisko. Muszę was niestety rozczarować, tak naprawdę Bono to Paul Hewson. Oprócz niego w skład zespołu wchodzi drugi pod względem popularności The Edge, czyli David Evans, Adam Clayton i Larry Mullen Jr. Czwórka Irladczyków stworzyła w '76 roku legendę, o której usłyszał cały świat. Zadebiutowali w 1980, albumem pod tytułem Boy, jednak za ich najważniejsze dokonanie uznaje się krążek Joshua Tree, który ujrzał światło dzienne siedem lat po wydaniu debiutanckiego longplaya. Przyznaję, że słuchałam tego albumu po raz pierwszy, właśnie z okazji tworzenia tego wpisu, i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Każde słowo z jedenastych piosenek zawartych na tej płycie przebrzmiewa uczuciami, które i w końcu udzielają się słuchaczowi. 'Bullet The Blue Sky' na mnie zadziałało najbardziej. Zderzają się tu dwa składniki dobrej piosenki: boleśnie prawdziwy tekst i muzyka, która tylko podkreśla dramatyzm słów. Nie dziwię się teraz, czemu uznaje się tą płytę za mistrzostwo. Tego Dżastin Biber nie potrafi. Tego powoli nie potrafi nikt. Czy tylko mnie boli fakt, że umiejętność robienia dobrej muzyki powoli zanika? Tu chcę jeszcze wspomnieć, do jak wspaniałych czynów może przypisać się popularność, kiedy człowiek, który osiągnął tak wiele uświadamia sobie, że może tej dobroci dać od siebie. Był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla, udzielał się wiele razy charytatywnie. Ktoś 'cyniczny' powie, że to dla popularności. I tutaj zacytuję mojego chłopaka, 'On nie musi'.
PS. Gdyby nie Ty, to bym nigdy nie podjęła się napisania tego wpisu. To Ty mnie nauczyłeś tak patrzeć na U2. To taki prezent na moje-Twoje urodziny. :) Wszystkiego najlepszego, Skarbie. :* |
Archiwum
Zakładki:
Tagi
|