Bo Walę Po Oczach

Fluorscentsowe spojrzenie na muzykę, czyli trochę popiku, trochę alternatywki.

Wpisy

  • wtorek, 19 marca 2013
    • John, co Siedzącym Bykiem był

       

      Dawno, dawno temu, kiedy to komputery nikomu się nawet nie śniły-ba, telewizory nie były nawet w cząstce tak rozpowszechnione, jak są dzisiaj-zabawy wymagały wysiłku fizycznego i wielu pokładów wyobraźni. John i jego paczka najbardziej lubili się bawić w kowboi i Indian. Jako, że od zawsze niechcący szedł pod prąd, zawsze chciał być Indianinem, czyli, wzorem westernów, tym typem spod ciemnej gwiazdy. W tym celu ciocia Mimi smarowała mu twarz na brązowo a szminką malowała mu barwy wojenne. Miał nawet pióropusz, stworzony z piór bażancich, które wręcz wybłagał u rzeźnika.

      Jak wspomina sama Mimi: 'Uwielbiał go... prawie go nie zdejmował. Wciąż widzę, jak tańczy wokół Pete Shottona, przywiązanego do drzewa w naszym ogrodzie'.

      Łobuz, można o nim pomyśleć, kiedy się czyta, jak namawiał grupkę swoich znajomych na przepuszczanie paru pensów na gumę do rzucia, zamiast rzucenia ich na tacę podczas szkółki niedzielnej, jakie było ich przeznaczenie. Jestem jednak pewna, że Lennon bez tych łobuzowatych niuansów nie byłby już do końca sobą, tak samo, jak bez lennonek, czy charakterystycznego, haczykowatego nosa.

      Mocne, czyste brzmienie jego głosu zapewniło mu miejsce w kościelnym chórze. Śpiewał dwa razy w niedzielę, czasami też w sobotę, podczas zaślubin. Wyobrażacie sobie? Jacyś szczęśliwcy nawet nie zdawali sobie sprawy z faktu, że przyszła ikona muzyki popularnej śpiewa dla nich, kiedy oni sobie obiecują wierność, miłość i uczciwość małżeńską. A on, jak zresztą każdy z chórzystów otrzymywał za to wynagrodzenie w postaci pół korony. Skromnie, biorąc pod uwagę grube miliony, które zarobi w przyszłości, co nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 marca 2013 23:29
  • sobota, 16 marca 2013
  • czwartek, 07 marca 2013
    • Prostackie przyśpiewki i gangi

       

      John szybko przeskoczył ze zwykłej harmonijki na chromatyczną, która posiadała przesuwkę zmieniającą tonację, od której w krótce nie mógł się wprost oderwać, nawet podczas wypraw autobusem. Taka eskapada zaowocowała tym, że chłopak wszedł w posiadanie chromatycznego Hohnera. I nie, nie podwędził jej nikomu-kierowca autobusu obiecał mu ten prezent, jeśli się stawi następnego dnia na edynburdzkim dworcu.

      Tuż po harmonijce przyszedł czas na pianino, i jak nietrudno się domyslic-grał na nim tak, jakby się urodził, głaszcząc klawisze.

      Mimo jego niewątpliwego talentu, Mimi nie chciała się zgodzić na zakup pianina do Mendips. 'Nie pójdziemy tą drogą, John. W tym domu nie będzie śpiewania prostackich przyśpiewek'.

      Jego kompanami w czasie, kiedy był dorastającym chłopcem byli Ivan Vaughan i Nigel Walley, a już niedługo do tego zacnego grona dołączył Pete Shotton, który stanie się potem jego najlepszym przyjacielem, mimo wrogiego nastawienia Petea do Johna z początku. Pete obawiał się, że chce on mu odebrać jego gang, dlatego ich relacja rozpoczęła się... bójką.

      Zainicjował ją, nazywając Johna 'Winny' (skrót od kobiecego imienia Winfreda), który nie mógł znieść takiej zniewagi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 marca 2013 01:23
  • sobota, 02 marca 2013
  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Dajże Ognia!

       

      Była to ciemna, straszna, zimowa noc. I w tą ciemną, straszną, zimową noc postanowiłam się wybrać w ciemną, straszną, zimową przejażdżkę do miejsca dosyć oddalonego od mojego zamieszkania.

      Jak pewnie wielu melomanów, właściwie nie ruszam się z domu bez słuchawek i urządzenia, na którym miałabym odtwarzać muzykę. Oczywiście, nie przepuściłam i tej okazji. Wyposażona w te artykuły pierwszej potrzeby, wsiadłam na tylne siedzenie auta i właściwie od początku puściłam sobie płytę, którą miałam od dawna (od 2009, czyli roku, w którym została wydana), jednak od dłuższego czasu jej nie słuchałam.

      I po paru piosenkach byłam już pewna, że znalazłam obiekt nadchodzącego Flashbacka.

      Give Me Fire! zespołu Mando Diao, bo o tym albumie właśnie mowa, otwiera diablo temperamentny kawałek Blue Lining, White Trenchcoat, będący preludium, czego będziemy świadkami przez następne 12 kawałków. No, 11-wyjątkiem jest tu kawałek Crystal na pozycji 9.

      Od pierwszych sekund odtwarzania obiecują, że będzie ostro, rockowo, parnie, lepko i gorąco, po prostu... seksownie. I tą obietnicę zdecydowanie spełniają. Szczególnie przy piosence High Heels, którą chyba męczę najczęściej.

      Cielesne skojarzenia nasuwają się same, już po pierwszym zdaniu brzmiącym: 'Oooooooh... You got me shaking to that moan you made last night...'. Nic więcej o tej piosence napisać mi nie wypada, bo jest to blog bez ograniczeń wiekowych... ;) Jednak ona sama mówi świetnie za siebie...

      Następnym mocnym akcentem jest niedawno wspominane Dance With Somebody, która porywa do tańca w sposób, w który żadne inne techno sieczki nie umieją.

      Grzechem byłoby nie wspomnieć o Go Out Tonight. Piosenka jest zdecydowanie o rozstaniu, jednak nie mówi o tym jak o utracie kogoś bliskiego, a o odcięciu odważnika, który trzymał marzący o niebie balonik przy ziemi. Taka... związkowa eutanazja.

      Na ostatnim, 13, ale wcale nie pechowym miejscu jest The Shining, która na mnie działa jak nic. Mocny, a za razem bardzo chłopięcy głos jednego z wokalisty odwala tu po prostu kawał świetnej roboty, cały czas balansując na granicy wrzasku. Na końcu tej piosenki został umieszczony bardzo miły prezencik w postaci dodatkowego, na wpół hiszpańskojęzycznego kawałka.

      Przy temacie głosów należy się zdecydowanie dłużej zatrzymać, bo są cholernym atutem tego krążka. Wokalizują tu dwaj panowie, jeden blondyn, drugi brunet. Pan blondyn posiada głos bardzo głęboki, z takim pieprznym zacięciem, pan brunet brzmi na o wiele młodszego, jest przyjemnie dla ucha chłopięcy.

      Cały album mi się kojarzy z sepiowymi zdjęciami, starymi samochodami, krótkimi miniówkami i graficznie podkreślonymi powiekami. Krótko podsumowując-Londynem lat 60tych.Nie potrzebuję wehikułu czasu, by przenieść się w przyszłość...

      Jeśli bym miała ocenić tą płytę w skali od 1 do 10, to bym się chyba obraziła. Oni zasługują na co najmniej setkę.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dajże Ognia!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      fluorscent
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 22:51

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

A o tym piszę:

Mój Album

Zahlastana Fifulka, Porucha w Odbyte

Freshman

Diabeł Ukryty Pomiędzy Nutami

Strawberry Fields

Flashback. Uroń łzę nad muzycznym wspomnieniem

Zobacz Muzykę

Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Check by fiutek on Grooveshark

Opcje Bloxa